Nie wiem do końca jak to się dzieje, ale na studiach, na mojej uczelni studenci rejestrują się na wf, sami wybierają zajęcia. Myślałam o tenisie ziemnym, bo podobają mi się białe stroje i siostry Williams, ale tenis w zimie odbywa się w siłowni, pakerni. Nie wiem, czy bym to wytrzymała.
Jest też do wyboru taniec. Mniejsza o to jaki, bo jakaś mieszanina, mniejsza sprawy tańca towarzyskiego, to myslę, że to może przypominać uczenie dużej grupy leniwych osób czterech sposobów wystawiania nogi, innymi słowami salsy.
A to właśnie działo się w moim gimnazjum. Zamiast jednej godziny wfu, w piątki na ostatnich godzinach mieliśmy "tańce". Nasze klasy nie były ani odważne w relacjach damsko męskich (zajęło nam bardzo długo, żebyśmy w ogóle zaczęli tańczyć w parach, a po zajęciach niektóre dziewczyny myły ręce po dotykaniu obleśnych rąk nastoletnich chłopaków z tłustymi włosami) ani lotna w tańcu (nie wiem, co gość chciał nam przekazać, ale wałkowaliśmy podstawowe kroki salsy, rumby, cha-chy, tanga, a jive'a i tak nie nadążałam). Jak możecie się domyślić "tańce" nie odniosły swojego pierwotnego celu czyli nie nauczyły nas ładniej tańczyć na szkolnych dyskotekach.
Szukając też sobie fajnych zajęć od września znalazłam balet od zera dla dorosłych. Przyszły mi do głowy urocze baletki, delikatne dłonie, trykotowe nogi. Pomyślałam o elastycznym, smukłym ciele, ale zanim się zapisałam przypomniałam sobie, że balet to po prostu godziny rozciągania, bólu i ćwiczeń polegających na kucaniu z kolanami do zewnątrz. I że po roku i tak nie umiałabym zrobić nic widowiskowego, a wcześniej bym zrezygnowała.
Jak nie balet, to chętnie zapisałabym się na Broadway Jazz, który bardzo mi się podoba, kiedyś uczestniczyłam w warsztatach, ale boję się, że trafię na odmianę tańca, który będzie mnie krępował, bo niektóre Broadway Jazzy są właśnie bardzo sexy.
Jeszcze jednym tańcem, który bardzo lubię, sprawia mi dużo radości jest hip hop, miałam trochę do czynienia z tańcem wcześniej, tylko nie za bardzo odpowiada mi muzyka, ale nie można mieć wszystkiego. Lubię też tańczyć z chłopakami na jakiś imprezach, urodzinach czy weselach. Podoba mi się, jak chłopak mocno prowadzi, że wiesz kiedy masz się obrócić i w którą stronę.
Zdarzyło się też, że jeden gościu, obcy, przekroczył barierę 'za stary' i śmierdzący, jak to mówiła Gruszka i Gwiazda kebabem wywijał ze mną w takim jednym pubie. Nie wiem, czy on był tancerzem czy co, ale tak szybko i mocno mnie kręcił, że trudno mi było ustać. W którymś momencie okazało się, że podniósł mnie z podłogi. Potem Gwiazda powiedziała, że do siebie pasujemy i nie wiem, czy to było ironiczne, ale to nie ma żadnego znaczenia.
- blog o początkach dorosłości widzianej przez duże, brązowe oczy i o tym, jak studiuje się Akustykę, mieszka się z obcymi ludźmi i goli się nogi. Trochę dramatyzowania, że nie znajdę męża, trochę narzekania i trochę zachwytu nad całym światem -
sobota, 27 sierpnia 2011
wtorek, 23 sierpnia 2011
Ja, a Mama.
- Mamo, ja bym jednak chciała zostać dłużej, wrócę sobie taksówką, albo ktoś mnie odwiezie! - skupiam się nad telefonem w pubie, gdzie spotkanie klasowe, przerodziło się w zwykłe spotkanie, właściwie w zwykłe wyjście na piwo w trochę świeższym towarzystwie.
- Dobrze, że dzwonisz, bo czekałam, żeby cie przywieźć - Mama miała według początkowego planu zabrać mnie do domu o 23.00, bo poszłam na tą imprezę chora (Jani, nie pij dzisiaj alkoholu), wzięłam moją ukochaną Aspirynę na wzmocnienie i czułam się dobrze, po to, żeby wyjść. - To o której będziesz? Koło północy?
- Najpóźniej o 1.00! - moi rodzice wpoili mi wczesne, kulturalne powroty do domu już dawno temu.
- Ok, tylko niech to będzie bezpieczne - Mama nie musiała mówić, ale miała na myśli, żebym jechała z kimś trzeźwym.
Na imprezie był kolega K., który opowiadał nam o zamieszkach w Bristolu, co było niezłą atrakcją wieczoru. Do domu w końcu odwiózł mnie W., ale tak jak powiedziałam dzisiaj Mamie, nie, nie pocałował mnie.
Lubie patrzeć, jak chłopaki jeżdżą samochodem. Wypływa wtedy z nich taka męskość, której nie spodziewałabym się wcześniej. Kręcą kierownicą z taką łatwością, mają nad wszystkim kontrolę. Ja wątpię, żebym tak mogła wyglądać prowadząc samochód.
Umówiłam się wczoraj z Rembrandtem w mieście koło 20.30, ale spóżniłam się pół godziny ze względu na sprawy rodzinne. Właściwie, ze względu na to, że dostałam od Rembrandta jeden news o Słońcu, który tak tragicznie mnie rozwalił, że uderzyłam w rynnę i nie mogłam znaleźć na tyle smutnej piosenki Radiohead, żeby odpowiadała mojemu nastrojowi.
Mama, w kontekście też tego, że Mi i Groszki zdecydowali się zamieszkać razem głaskała mnie po plecach i przekonywała, że ja też sobie kogoś znajdę, że Słońce jest niski, (on nie jest niski Mamo!) ale ja nie mogłam już złapać regularnego oddechu. Że kupimy nowe dżinsy, że odszykuję się i na uczelni wpadnę na jakiegoś chłopaka i że zaprosi mnie na kawę. No, nie płacz, będziesz miała brzydką cerę.
- Będę całkiem sama w tym Poznaniu! Michał z Groszką, nawet nie będę mogła zajść do brata! Słońce daleko, Gruszka we Wrocławiu. Trzeba było iść do Wrocławia.
- Będziesz przyjeżdżać do nas na soboty.
Uspokoiłam się, uspokoiłam oddech, zamalowałam opuchnięte oczy i ślady kataru, ubrałam w czarną sukienkę, (Mamo, użyć Twoich perfum Versace?) i poszłam.
- Dobrze, że dzwonisz, bo czekałam, żeby cie przywieźć - Mama miała według początkowego planu zabrać mnie do domu o 23.00, bo poszłam na tą imprezę chora (Jani, nie pij dzisiaj alkoholu), wzięłam moją ukochaną Aspirynę na wzmocnienie i czułam się dobrze, po to, żeby wyjść. - To o której będziesz? Koło północy?
- Najpóźniej o 1.00! - moi rodzice wpoili mi wczesne, kulturalne powroty do domu już dawno temu.
- Ok, tylko niech to będzie bezpieczne - Mama nie musiała mówić, ale miała na myśli, żebym jechała z kimś trzeźwym.
Na imprezie był kolega K., który opowiadał nam o zamieszkach w Bristolu, co było niezłą atrakcją wieczoru. Do domu w końcu odwiózł mnie W., ale tak jak powiedziałam dzisiaj Mamie, nie, nie pocałował mnie.
Lubie patrzeć, jak chłopaki jeżdżą samochodem. Wypływa wtedy z nich taka męskość, której nie spodziewałabym się wcześniej. Kręcą kierownicą z taką łatwością, mają nad wszystkim kontrolę. Ja wątpię, żebym tak mogła wyglądać prowadząc samochód.
Umówiłam się wczoraj z Rembrandtem w mieście koło 20.30, ale spóżniłam się pół godziny ze względu na sprawy rodzinne. Właściwie, ze względu na to, że dostałam od Rembrandta jeden news o Słońcu, który tak tragicznie mnie rozwalił, że uderzyłam w rynnę i nie mogłam znaleźć na tyle smutnej piosenki Radiohead, żeby odpowiadała mojemu nastrojowi.
Mama, w kontekście też tego, że Mi i Groszki zdecydowali się zamieszkać razem głaskała mnie po plecach i przekonywała, że ja też sobie kogoś znajdę, że Słońce jest niski, (on nie jest niski Mamo!) ale ja nie mogłam już złapać regularnego oddechu. Że kupimy nowe dżinsy, że odszykuję się i na uczelni wpadnę na jakiegoś chłopaka i że zaprosi mnie na kawę. No, nie płacz, będziesz miała brzydką cerę.
- Będę całkiem sama w tym Poznaniu! Michał z Groszką, nawet nie będę mogła zajść do brata! Słońce daleko, Gruszka we Wrocławiu. Trzeba było iść do Wrocławia.
- Będziesz przyjeżdżać do nas na soboty.
Uspokoiłam się, uspokoiłam oddech, zamalowałam opuchnięte oczy i ślady kataru, ubrałam w czarną sukienkę, (Mamo, użyć Twoich perfum Versace?) i poszłam.
niedziela, 21 sierpnia 2011
Ja, a Roller Coaster.
Po mojej maturze, Mi spełnił obiecankę i zabrał mnie do niemieckiego Heide Parku. Pojechała z nami też dziewczyna Mi - Groszka i Rembrant, który wypełnił troszeczkę pustkę, czteroosobowy bilet i krępującą sytuację 2+1, tak zwaną sytuację piątego koła u wozu u boku szczęśliwego brata z lachą. Rembrandt był też moim współjeżdżącym , parą do wszelkich dwuosobowych atrakcji, do których oczywistą pierwszą parą była para. Rembrandt jest grzeczny, ale też małomówny. Spaliśmy u mojej Babci, której odpowiedziałam, że, nie, kolega nie jest sercowy, ale musiałam znieść trzy (słownie: trzy) docinki, o tym, czy będziemy razem spać.
Mi i Groszka są ładną parą typu Umciam-Ciarumciam, taką ze wspólnym przewodem pokarmowym i pasującymi szczoteczkami do zębów. Taką, która ciągle się nawzajem głaszcze i gładzi. Cieszę się szczęściem, jak wszyscy cieszą się szczęściem i interesują Groszką. Mi stał się teraz cały zamiast pół. Tylko czasami przykro bywa wtedy, kiedy rozmawiając ze mną, w czasie kiedy ja mówię zaczyna wymieniać cicho kilka zdań z Groszką, zupełnie olewając siostrę, matkę i resztę stworzeń zamieszkujących Ziemię dla swojego nowego Centrum Wszechświata.
W Heide Parku trzęsie, wytrząsa i obraca. Wieje i wywija. Ja cisnęłam na wszystkie atrakcję. Byłam chętna jeździć cały czas, ponieważ jestem szczęśliwie pozbawiona choroby lokomocyjnej. Mogę się kręcić, bo z nikim nie kręcę. Podobały mi się różne atrakcje parku rozrywki: kolejki wyższe niż myślisz, kolejki szybsze niż myślisz, kolejki przewracające w głowie i facet, który stał przy stanowisku, gdzie można było wygrać wielką pandę, z którym wymieniliśmy długie spojrzenia, chociaż chyba był Niemcem.
Chociaż Heide Park mnie ubawił i rozerwał to Mi i Groszka tak przypominają mi o mojej sytuacji księżniczki w wieży, tyle że bez księcia, Słońce, Słońce, Słońce. Czasami miałam ochotę schować się pod własnym biurkiem, we własnym pokoju, a dziesięć minut po wyjeździe Mi i Groszki bałam się, że sąsiedzi zobaczą, że płaczę na spacerze z psem.
Odebrałam telefon od Jajka, odmówiłam wyjścia na miasto, bo porządne dziewczyny wracają do domu przed 23.00 i nie zmieniłam zdania nawet jak powiedział, że będzie W. (który podrywał mnie całe liceum) wraz ze swoimi przystojnymi kumplami (jeden z nich prawie pocałował mnie na urodzinach W., ale zrobiłam unik - Gruszka i Mama mówią, że trzeba było go pocałować, jak to one, a z innym zaśpiewałam całe 'Summer Nights' w duecie, a to było spełnieniem mojego marzenia).
Wieczór skończył się białym Martini (ile Martini ma kalorii???) i tym okrutnym filmem z Meg Ryan, którego tak nienawidzę.
Dzisiaj Mama i Tata robili sobie kawę. Ja powiedziałam, że też chcę, ale jak zwykle, jak Młoda Panna, zostałam zignorowana.
- Co z tą kawą? - wołam przez okno.
- Ja swoją wypiję - zapewnił mnie Tato.
- Och, macie już? - zamknęłam okno, ale otworzyłam je jeszcze raz -Jestem taka samotna!
Mi i Groszka są ładną parą typu Umciam-Ciarumciam, taką ze wspólnym przewodem pokarmowym i pasującymi szczoteczkami do zębów. Taką, która ciągle się nawzajem głaszcze i gładzi. Cieszę się szczęściem, jak wszyscy cieszą się szczęściem i interesują Groszką. Mi stał się teraz cały zamiast pół. Tylko czasami przykro bywa wtedy, kiedy rozmawiając ze mną, w czasie kiedy ja mówię zaczyna wymieniać cicho kilka zdań z Groszką, zupełnie olewając siostrę, matkę i resztę stworzeń zamieszkujących Ziemię dla swojego nowego Centrum Wszechświata.
W Heide Parku trzęsie, wytrząsa i obraca. Wieje i wywija. Ja cisnęłam na wszystkie atrakcję. Byłam chętna jeździć cały czas, ponieważ jestem szczęśliwie pozbawiona choroby lokomocyjnej. Mogę się kręcić, bo z nikim nie kręcę. Podobały mi się różne atrakcje parku rozrywki: kolejki wyższe niż myślisz, kolejki szybsze niż myślisz, kolejki przewracające w głowie i facet, który stał przy stanowisku, gdzie można było wygrać wielką pandę, z którym wymieniliśmy długie spojrzenia, chociaż chyba był Niemcem.
Chociaż Heide Park mnie ubawił i rozerwał to Mi i Groszka tak przypominają mi o mojej sytuacji księżniczki w wieży, tyle że bez księcia, Słońce, Słońce, Słońce. Czasami miałam ochotę schować się pod własnym biurkiem, we własnym pokoju, a dziesięć minut po wyjeździe Mi i Groszki bałam się, że sąsiedzi zobaczą, że płaczę na spacerze z psem.
Odebrałam telefon od Jajka, odmówiłam wyjścia na miasto, bo porządne dziewczyny wracają do domu przed 23.00 i nie zmieniłam zdania nawet jak powiedział, że będzie W. (który podrywał mnie całe liceum) wraz ze swoimi przystojnymi kumplami (jeden z nich prawie pocałował mnie na urodzinach W., ale zrobiłam unik - Gruszka i Mama mówią, że trzeba było go pocałować, jak to one, a z innym zaśpiewałam całe 'Summer Nights' w duecie, a to było spełnieniem mojego marzenia).
Wieczór skończył się białym Martini (ile Martini ma kalorii???) i tym okrutnym filmem z Meg Ryan, którego tak nienawidzę.
Dzisiaj Mama i Tata robili sobie kawę. Ja powiedziałam, że też chcę, ale jak zwykle, jak Młoda Panna, zostałam zignorowana.
- Co z tą kawą? - wołam przez okno.
- Ja swoją wypiję - zapewnił mnie Tato.
- Och, macie już? - zamknęłam okno, ale otworzyłam je jeszcze raz -Jestem taka samotna!
wtorek, 16 sierpnia 2011
Ja, a u Babci.
Wakacje u Babci, Babcia mieszka w małej miejscowości, takiej, z której ucieczka jest największym marzeniem zamieszkujących ją szesnastolatek. Babcia mieszka w maleńkim mieszkaniu, z którego też miałabym ochotę uciec, gdyby nie kochana Babcia. Nie wspomnę już, jak wszyscy chcieliby uciekać z Babci działki, bo pewnie macie już jakieś wrażenie, jak spędziłam te kilka dni.
Taplam się, pływam, tonę w samotności. Przewracam się z boku na bok. Śpiewam piosenki o tęsknocie. Myślę o Słońcu u Babci, myślę o Słońcu w drodze na działkę. A wszystko, co dostaję to jedynie:
- Mogę się z Panią przejść? - od pijaka śmierdzucha.
- Niestety nie.
- No właśnie, niestety.
Niestety, nie jesteś Pan moim marzeniem, nie jesteś Pan nawet przed trzydziestką, daleko Panu od przyzwoitości, a jeszcze dalej od fajnego faceta.
W takiej małej miejscowości, samotności nie ma co robić prania. Leżę większość czasu do góry brzuchem i oglądam Disney Channel, aż staje się taki głupi, że więcej nie mogę znieść. W takiej małej samotności można nosić niewyprane koszulki na działkę, albo sukienki Babci i nie przejmować się. Po prostu.
Siedzimy z dziewczynami, pijemy piwo w pubie, w którym jak wyszłyśmy wybuchła bójka. Pub cały naszpikowany facetami-karkami, powietrze gęste od testosteronu i alkoholu. Mamy początki dorosłości, przed trzydziestką i po trzydziestce. Mamy też, odpowiednio nic (nic, a nic), faceta, faceta i dzieci.Mamy przed sobą piwo i wieczór. Gadamy o zdrowej żywności, o dzieciach w Afryce i o zdrowej żywności. Właściwie przegadujemy cały wieczór o zdrowej żywności, a ja piję jabłkowego Redds'a, bo malinowy ma aspartam, fuj, aspartam.
Jak moja kuzynka biegnie do domu, do dziecka, bo Brzdąc się obudził, to my z tego całego zdrowego żywienia idziemy na kebaba. Ja, na swoje usprawiedliwienie, nie jadłam kebaba, tylko jakąś nieszkodliwą bułkę, która miała być ze szpinakiem, ale nie ma ze szpinakiem, to z czym chcesz? z serem. Zjadłybyśmy w parku, ale żremy po drodze, bo okazało się, że kuzynka wraca. Wraca i co jak nas zobaczy z tym świństwem? Żremy na szybkości, wracamy do naszego, na szczęście wolnego stolika i gadamy dalej. W ostatniej chwili pudełko zostaje wyrzucone, a jedynym zdrajcą może być sos czosnkowy, który może wystawać nam z mądrej gadki. Gadki o zdrowym żywieniu.
Wracamy, przecież nie pijane, uchachane. Celujemy do dziurki od klucza, chce się siku. Latamy po tej miejscowości, my, dziewczyny, jak jakieś pijaki, których zwykle byśmy się bały. Wracamy do domu.
Wróćmy już do domu.
Taplam się, pływam, tonę w samotności. Przewracam się z boku na bok. Śpiewam piosenki o tęsknocie. Myślę o Słońcu u Babci, myślę o Słońcu w drodze na działkę. A wszystko, co dostaję to jedynie:
- Mogę się z Panią przejść? - od pijaka śmierdzucha.
- Niestety nie.
- No właśnie, niestety.
Niestety, nie jesteś Pan moim marzeniem, nie jesteś Pan nawet przed trzydziestką, daleko Panu od przyzwoitości, a jeszcze dalej od fajnego faceta.
W takiej małej miejscowości, samotności nie ma co robić prania. Leżę większość czasu do góry brzuchem i oglądam Disney Channel, aż staje się taki głupi, że więcej nie mogę znieść. W takiej małej samotności można nosić niewyprane koszulki na działkę, albo sukienki Babci i nie przejmować się. Po prostu.
Siedzimy z dziewczynami, pijemy piwo w pubie, w którym jak wyszłyśmy wybuchła bójka. Pub cały naszpikowany facetami-karkami, powietrze gęste od testosteronu i alkoholu. Mamy początki dorosłości, przed trzydziestką i po trzydziestce. Mamy też, odpowiednio nic (nic, a nic), faceta, faceta i dzieci.Mamy przed sobą piwo i wieczór. Gadamy o zdrowej żywności, o dzieciach w Afryce i o zdrowej żywności. Właściwie przegadujemy cały wieczór o zdrowej żywności, a ja piję jabłkowego Redds'a, bo malinowy ma aspartam, fuj, aspartam.
Jak moja kuzynka biegnie do domu, do dziecka, bo Brzdąc się obudził, to my z tego całego zdrowego żywienia idziemy na kebaba. Ja, na swoje usprawiedliwienie, nie jadłam kebaba, tylko jakąś nieszkodliwą bułkę, która miała być ze szpinakiem, ale nie ma ze szpinakiem, to z czym chcesz? z serem. Zjadłybyśmy w parku, ale żremy po drodze, bo okazało się, że kuzynka wraca. Wraca i co jak nas zobaczy z tym świństwem? Żremy na szybkości, wracamy do naszego, na szczęście wolnego stolika i gadamy dalej. W ostatniej chwili pudełko zostaje wyrzucone, a jedynym zdrajcą może być sos czosnkowy, który może wystawać nam z mądrej gadki. Gadki o zdrowym żywieniu.
Wracamy, przecież nie pijane, uchachane. Celujemy do dziurki od klucza, chce się siku. Latamy po tej miejscowości, my, dziewczyny, jak jakieś pijaki, których zwykle byśmy się bały. Wracamy do domu.
Wróćmy już do domu.
środa, 10 sierpnia 2011
Ja, a randki z dzieciakami.
Też mi. Napisał do mnie, pisał od kilku dni Pan Cienias. Pana Cieniasa poznaliśmy na Woodstocku, jest kolegą kumpla kuzynki, znacie te relacje. Na Woodstocku przegadał pół nocy z Gruszką,chłopakami i Gruszka mówiła, że ją podrywa. Ja w tym czasie siedziałam w aucie z Miśkiem, chcąc załagodzić fakt, że wcześnej powiedziałam mu, że jest dzieckiem i żeby trzymał łapy przy sobie.
Siedzieliśmy w moim Autku i tak chciałam wtedy, żeby był dorosły i przystojny. Chociaż, jak pisałam, jest taki czarujący, że tak trudno jest się mu oprzeć.
Tak jak pisała Mandarynka:
" Bycie z kimś blisko, ale nie za blisko, tak na wyciągnięcie ręki, ale nie dotyku [...] nie przypuszczałam nigdy, że to może być takie trudne, zwłaszcza przy promilach leniwie krążących pod cienką, jasną skórą. Biologio, ty dziwko, jak ja cię nie lubię."
Nie będę przecież spotykać się z chłopakiem, któremu musiałabym kupować piwo, jakaś komedia. Mój facet będzie mnie woził samochodem (i/ lub nosił na rękach), tłumaczył matmę na studiach i przystojnie prowadził mnie za rękę w miejsca, których się boje. Misiek, chociaż jest 2 (słownie: dwa lata , nie 3 jak wcześniej myślałam) młodszy ode mnie, co w tym wieku jest przepaścią nie do pokonania, wąwozem nie do przejścia, murem z drutem kolczastym między nami, to odważnie podrywa mnie po pijaku. Bierze za rękę cmoka. Podobają mi się jego loty-zaloty, ale hamuję się i jego ze względu na sytuację, w miarę możliwości, oczywiście. Ale siedziałam sobie z nim w moim autku, gadaliśmy niemożliwie dobrze. Nić, sznurek, lina porozumienia. Było bardzo przyjemnie, muzyka, gadanie, ja posypiałam (3.00 w nocy), miło. Szyby zaparowane, zagląda Rembrandt:
- Ale tu u was śmierdzi! - gada wesolutko, pijaniutko, marszcząc się.
- Ej, stary, - Misiek się dopytuje - czym, trawą?
- ..., tak wszystkim.
No i jak tak siedziam w tym autku (właściwie też kryłam się przed tymi denerwującymi chłopakami) Gruszka oswajała Pana Cieniasa. Po powrocie do domu, coś mnie zaczepiał ten Pan Cienias, to esemesa, to facebooka, a dzisiaj napisał, że mu się nudzi, czy że wyganiają go z domu. Bezczelny! Szczerze mówiąc byłam już wykąpana, zdemakijażowana i bez krępujących ciuchów, wszystko musiałam nakładać z powrotem, (w czym pomagały mi rozentuzjazmowane kuzynka i mama, ten sweter nudny, a w tym ci będzie gorąco...) to wyszłam z nim "porobić zdjęcia na moim osiedlu". Dla niepoznaki wzięłam ze sobą DeeDee, trzyletnią córeczkę mojej kuzynki. Dzięki temu, genialnemu pomysłowi nie była to randka z prawdziwego zdarzenia.
Poszliśmy na huśtawki i dalej, nudno, ale przynajmniej rozmowa jakaś płynie. Wiedziałam, że dobrze wyglądam. Wiedziałam, że zaraz mnie weźmie za nogę. Zgrabnie niczym dzika łania uniknęłam tej ręki na nodze, czy innego gestu uciekając do dziecka. I tak, udało mi się pokombinować, że jedyną osobą, którą trzymałąm za rękę była słodka DeeDee. Była też dla mnie wyśmienitą wymówką, na szybki powrót do domu.
A moja mama się pyta: "i co? i co?"
- ...
- Co ci wszyscy faceci w sobie mają, Jani, że żaden ci się nie podoba?
- Właśnie nic w sobie nie mają.
Pozdrawiam, dziewczyny.
Jani.
Siedzieliśmy w moim Autku i tak chciałam wtedy, żeby był dorosły i przystojny. Chociaż, jak pisałam, jest taki czarujący, że tak trudno jest się mu oprzeć.
Tak jak pisała Mandarynka:
" Bycie z kimś blisko, ale nie za blisko, tak na wyciągnięcie ręki, ale nie dotyku [...] nie przypuszczałam nigdy, że to może być takie trudne, zwłaszcza przy promilach leniwie krążących pod cienką, jasną skórą. Biologio, ty dziwko, jak ja cię nie lubię."
Nie będę przecież spotykać się z chłopakiem, któremu musiałabym kupować piwo, jakaś komedia. Mój facet będzie mnie woził samochodem (i/ lub nosił na rękach), tłumaczył matmę na studiach i przystojnie prowadził mnie za rękę w miejsca, których się boje. Misiek, chociaż jest 2 (słownie: dwa lata , nie 3 jak wcześniej myślałam) młodszy ode mnie, co w tym wieku jest przepaścią nie do pokonania, wąwozem nie do przejścia, murem z drutem kolczastym między nami, to odważnie podrywa mnie po pijaku. Bierze za rękę cmoka. Podobają mi się jego loty-zaloty, ale hamuję się i jego ze względu na sytuację, w miarę możliwości, oczywiście. Ale siedziałam sobie z nim w moim autku, gadaliśmy niemożliwie dobrze. Nić, sznurek, lina porozumienia. Było bardzo przyjemnie, muzyka, gadanie, ja posypiałam (3.00 w nocy), miło. Szyby zaparowane, zagląda Rembrandt:
- Ale tu u was śmierdzi! - gada wesolutko, pijaniutko, marszcząc się.
- Ej, stary, - Misiek się dopytuje - czym, trawą?
- ..., tak wszystkim.
No i jak tak siedziam w tym autku (właściwie też kryłam się przed tymi denerwującymi chłopakami) Gruszka oswajała Pana Cieniasa. Po powrocie do domu, coś mnie zaczepiał ten Pan Cienias, to esemesa, to facebooka, a dzisiaj napisał, że mu się nudzi, czy że wyganiają go z domu. Bezczelny! Szczerze mówiąc byłam już wykąpana, zdemakijażowana i bez krępujących ciuchów, wszystko musiałam nakładać z powrotem, (w czym pomagały mi rozentuzjazmowane kuzynka i mama, ten sweter nudny, a w tym ci będzie gorąco...) to wyszłam z nim "porobić zdjęcia na moim osiedlu". Dla niepoznaki wzięłam ze sobą DeeDee, trzyletnią córeczkę mojej kuzynki. Dzięki temu, genialnemu pomysłowi nie była to randka z prawdziwego zdarzenia.
Poszliśmy na huśtawki i dalej, nudno, ale przynajmniej rozmowa jakaś płynie. Wiedziałam, że dobrze wyglądam. Wiedziałam, że zaraz mnie weźmie za nogę. Zgrabnie niczym dzika łania uniknęłam tej ręki na nodze, czy innego gestu uciekając do dziecka. I tak, udało mi się pokombinować, że jedyną osobą, którą trzymałąm za rękę była słodka DeeDee. Była też dla mnie wyśmienitą wymówką, na szybki powrót do domu.
A moja mama się pyta: "i co? i co?"
- ...
- Co ci wszyscy faceci w sobie mają, Jani, że żaden ci się nie podoba?
- Właśnie nic w sobie nie mają.
Pozdrawiam, dziewczyny.
Jani.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Ja, (a) niania.
Zamieściłam w Internecie ogłoszenie. Ogłoszenie, że zajmę się dzieckiem, pouczę angielskiego, 8 zł za godzinę.
Dzisiaj zadzwoniło do mnie takie młode małżeństwo, z dzieckiem, że tak. Żebym się nim zajęła. Jak się możecie domyślić był to właśnie krępujący telefon (jak tu szybko powiedzieć, "o której Pani pasuje", jeżeli nie wiesz czy rozmawiasz z facetem czy z kobietą???). Czy, a czy, a synek, dwuletni, a przyjdźcie za godzinę, a gdzie.
Mamo, Tato, będę miała dziecko. Będę może nianią, a synek, a za godzinę. Mamo, czy mam im zrobić kawę w kuchni? Tak, trzeba kuchnię posprzątać. Posprzątałam, dla wzmocnienia efektu mama mi pomogła. Psa zamknęliśmy, a przyszli z 20 minut wcześniej (To oni? To oni?), więc wciągając dżinsy na nogi i na szybkości zapinając pasek, bez okularów otworzyłam im drzwi i zaprosiłam do środka.
Są naprawdę młodym małżeństwem. Ona niziutka, oczy mocno pomalowane czarną kredką, grube skarpetki i buty na obcasiku. Mama. Wyciągam rękę, przedstawiam się, ona chyba nie, albo zapomniałam jak ma na imię. On, młody, wesoły, krótkie spodnie od dresu.
Pierwsza krępacja, pierwszy zgrzyt. Buty.
Z butami to są zawsze jaja. Tak to jest, że zawsze jest "a nie ściągaj, nie wygłupiaj się!!! ", a osoba jak chce to i tak ściąga. Niby jak przyjaciel to ściąga, niby jak jest impreza to nie ściąga, a co jak jest impreza z samymi przyjaciółmi? Co jak buty ma gospodarz? A na Wigilię, jak rodzina się stroi sama dla siebie? Dla uniknięcia tego konfliktu czasami zakładam takie balerinki, które równie dobrze mogłyby być kapciami.
- Czy mamy zostawić buty?
- Jasne.
Ściągają.
- Miałam na myśli, żeby Państwo zostawili na sobie! Nie musicie ściągać.
- Nie ściągaaaaać! - krzyczy mama zza ściany.
I ściągneli, a mi głupio.
Ona usiadła, on stał, patrzył na synka, ja kucnęłam do małego Bąbla, żeby zrobić dobre wrażenie, opiekuńcza, sympatyczna, zainteresowana. I tak, nie wiedząc, o czym mówić gadaliśmy. Oni są mili, ja biorę 8 złoty za godzinę. Zostawili mi Bąbla na chwilę, nie płakał za dużo, trochę tęsknił. Na szczęście nie zrobił siku, ani dwójki, bo nie wiedziałabym jak się zachować. To jeszcze dopracuję, zanim pójdę się nim opiekować.
Tacy mało przejmujący wydali mi się ci rodzice.
Jak z przekąskami?
A wszystko je.
Ona powiedziała, że jesteśmy młodzi, mówimy sobie na ty.I chwilę nam zajęło zanim się przyzwyczailiśmy.
Bąbel bawi się sam. Posadziłam go sobie na kolanach, pokazałam kalkulator i zamykane pudełko i czytałam sobie coś w Internecie. Nie wiem, co będę mogła robić tam u nich.
Ostatnim zgrzytem, zgrzytem na odchodnym było jak ojciec trzymał Bąbla i powiedział mu, żeby dał mi buziaka. Ucałowałam to śliczne dziecko, mówiąc "o jej, mogę?", a teraz boję się, że ojciec miał na myśli, żeby Bąbel przesłał mi buziaka (jedna z rzeczy, obok tańczenia i robienia "brawo", którą popisują się dwulatki). A nie całuje się obcych dzieci przecież. Ups.
Jani.
Dzisiaj zadzwoniło do mnie takie młode małżeństwo, z dzieckiem, że tak. Żebym się nim zajęła. Jak się możecie domyślić był to właśnie krępujący telefon (jak tu szybko powiedzieć, "o której Pani pasuje", jeżeli nie wiesz czy rozmawiasz z facetem czy z kobietą???). Czy, a czy, a synek, dwuletni, a przyjdźcie za godzinę, a gdzie.
Mamo, Tato, będę miała dziecko. Będę może nianią, a synek, a za godzinę. Mamo, czy mam im zrobić kawę w kuchni? Tak, trzeba kuchnię posprzątać. Posprzątałam, dla wzmocnienia efektu mama mi pomogła. Psa zamknęliśmy, a przyszli z 20 minut wcześniej (To oni? To oni?), więc wciągając dżinsy na nogi i na szybkości zapinając pasek, bez okularów otworzyłam im drzwi i zaprosiłam do środka.
Są naprawdę młodym małżeństwem. Ona niziutka, oczy mocno pomalowane czarną kredką, grube skarpetki i buty na obcasiku. Mama. Wyciągam rękę, przedstawiam się, ona chyba nie, albo zapomniałam jak ma na imię. On, młody, wesoły, krótkie spodnie od dresu.
Pierwsza krępacja, pierwszy zgrzyt. Buty.
Z butami to są zawsze jaja. Tak to jest, że zawsze jest "a nie ściągaj, nie wygłupiaj się!!! ", a osoba jak chce to i tak ściąga. Niby jak przyjaciel to ściąga, niby jak jest impreza to nie ściąga, a co jak jest impreza z samymi przyjaciółmi? Co jak buty ma gospodarz? A na Wigilię, jak rodzina się stroi sama dla siebie? Dla uniknięcia tego konfliktu czasami zakładam takie balerinki, które równie dobrze mogłyby być kapciami.
- Czy mamy zostawić buty?
- Jasne.
Ściągają.
- Miałam na myśli, żeby Państwo zostawili na sobie! Nie musicie ściągać.
- Nie ściągaaaaać! - krzyczy mama zza ściany.
I ściągneli, a mi głupio.
Ona usiadła, on stał, patrzył na synka, ja kucnęłam do małego Bąbla, żeby zrobić dobre wrażenie, opiekuńcza, sympatyczna, zainteresowana. I tak, nie wiedząc, o czym mówić gadaliśmy. Oni są mili, ja biorę 8 złoty za godzinę. Zostawili mi Bąbla na chwilę, nie płakał za dużo, trochę tęsknił. Na szczęście nie zrobił siku, ani dwójki, bo nie wiedziałabym jak się zachować. To jeszcze dopracuję, zanim pójdę się nim opiekować.
Tacy mało przejmujący wydali mi się ci rodzice.
Jak z przekąskami?
A wszystko je.
Ona powiedziała, że jesteśmy młodzi, mówimy sobie na ty.I chwilę nam zajęło zanim się przyzwyczailiśmy.
Bąbel bawi się sam. Posadziłam go sobie na kolanach, pokazałam kalkulator i zamykane pudełko i czytałam sobie coś w Internecie. Nie wiem, co będę mogła robić tam u nich.
Ostatnim zgrzytem, zgrzytem na odchodnym było jak ojciec trzymał Bąbla i powiedział mu, żeby dał mi buziaka. Ucałowałam to śliczne dziecko, mówiąc "o jej, mogę?", a teraz boję się, że ojciec miał na myśli, żeby Bąbel przesłał mi buziaka (jedna z rzeczy, obok tańczenia i robienia "brawo", którą popisują się dwulatki). A nie całuje się obcych dzieci przecież. Ups.
Jani.
Ja, a mój brzuch.
Nie lubię aktywności fizycznej. Czasami, często czuję jak w moich żyłach płynie gęste lenistwo.
Chociaż dzisiaj poodkurzałam swoje autko po Woodstocku i mamy autko (dostałam za to dychę). Dzisiaj rozpakowałam też z wielkim wysiłkiem i poukładałam w szafie ciuchy, które oddała mi Gruszka. Niedawno też, zmusiłam się, żeby wyjąć zalegającą w portfelu obcą walutę, która przez miesiąc po wyjeździe przeszkadzała mi w wydawaniu pieniędzy, ciążyła mi i robiła wrażenie pełniejszego portfela.
Jak już mam się ruszyć, to mogę ewentualnie zatańczyć (wyobrażając sobie widownie wyginać się w piwnicy do piosenki "Dog Days Are Over" Florence And The Machine) albo pójść "na balety", ale z tym jest cieżko, bo późno w nocy przyzwoite dziewczyny nie chodzą, a jak już przekonam rodziców, to te kalorie, które wytańczę zaleję i zrównoważę wypitym słodkim Martini. Kiedyś chodziłam na Zumbę, ale to pieniążki, a pieniążków nie mam, bom leniwa, a leniwym daleko do pracy.
Mi w weekend się mnie pytał, czy pójdę na basen. Nie poszłam, bo nie lubię aktywności fizycznej.
No i tak wychodzi, że rośnie człowiekowi brzuch. Powtarzasz cztery słowa, we wszystkich odmianach (wziąć się za siebie, trzeba wziąć się za siebie, jak pójdę na studia to wezmę się za siebie, powinnam wziąć się za siebie). Wolałabym wziąć się za ręcę (Słońce!) niż wziąć się za siebie. Mogłabym jeszcze ewentualnie wziąć coś na siebie, na chłodny wieczór moją czarną, ortalionową kurteczkę, ale tak trudno jest samemu wziąć się za siebie!
Rośnie mi brzuch. Taki brzuch od piwa. Od piwa i kawy ("Mamo, a co to mleko do kawy takie mało tłuste??") z ciastem. Nie odmawiam sobie. Jak położę rękę na plecach i chodzę szeroko to możnaby pomyśleć, że jestem w ciąży. W ciąży stąd te zmiany nastrojów apetyt i wredota! To dziewczynka? Nie, nie to tłuszcze. Tłuszcze nasycone? Nienasycone. Wiecznie nienasycone.
Tak bym chciała żywić się zdrowo. Żywić urazę do czipsów i chrupek. Twu! Aspartam! Twu słodziki, gumy do żucia, frytki, pizze, hamburgery! Od tego człowiek się robi zmęczony! Od tego cie cały czas boli głowa! I cera brzydka i wzrok słaby i męża też trudno znaleźć. Wyznawać wyższość soku pomarańczowego nad colą. Wina nad piwem. Kalafiora i kaszy nad makaronem i brzoskwini nad orzechowcem. Prawda jest taka, że jak z Marchewą wyszłyśmy na rower to skończyło się na lodach z Lidla na ławce, a zawsze znajdę sobie wymówkę, żeby napić się coli na zmęczenie, albo na ból głowy.
Zrobię sobie herbatę. Może czerwoną, w końcu trzeba się wziąć za siebie.
Chociaż dzisiaj poodkurzałam swoje autko po Woodstocku i mamy autko (dostałam za to dychę). Dzisiaj rozpakowałam też z wielkim wysiłkiem i poukładałam w szafie ciuchy, które oddała mi Gruszka. Niedawno też, zmusiłam się, żeby wyjąć zalegającą w portfelu obcą walutę, która przez miesiąc po wyjeździe przeszkadzała mi w wydawaniu pieniędzy, ciążyła mi i robiła wrażenie pełniejszego portfela.
Jak już mam się ruszyć, to mogę ewentualnie zatańczyć (wyobrażając sobie widownie wyginać się w piwnicy do piosenki "Dog Days Are Over" Florence And The Machine) albo pójść "na balety", ale z tym jest cieżko, bo późno w nocy przyzwoite dziewczyny nie chodzą, a jak już przekonam rodziców, to te kalorie, które wytańczę zaleję i zrównoważę wypitym słodkim Martini. Kiedyś chodziłam na Zumbę, ale to pieniążki, a pieniążków nie mam, bom leniwa, a leniwym daleko do pracy.
Mi w weekend się mnie pytał, czy pójdę na basen. Nie poszłam, bo nie lubię aktywności fizycznej.
No i tak wychodzi, że rośnie człowiekowi brzuch. Powtarzasz cztery słowa, we wszystkich odmianach (wziąć się za siebie, trzeba wziąć się za siebie, jak pójdę na studia to wezmę się za siebie, powinnam wziąć się za siebie). Wolałabym wziąć się za ręcę (Słońce!) niż wziąć się za siebie. Mogłabym jeszcze ewentualnie wziąć coś na siebie, na chłodny wieczór moją czarną, ortalionową kurteczkę, ale tak trudno jest samemu wziąć się za siebie!
Rośnie mi brzuch. Taki brzuch od piwa. Od piwa i kawy ("Mamo, a co to mleko do kawy takie mało tłuste??") z ciastem. Nie odmawiam sobie. Jak położę rękę na plecach i chodzę szeroko to możnaby pomyśleć, że jestem w ciąży. W ciąży stąd te zmiany nastrojów apetyt i wredota! To dziewczynka? Nie, nie to tłuszcze. Tłuszcze nasycone? Nienasycone. Wiecznie nienasycone.
Tak bym chciała żywić się zdrowo. Żywić urazę do czipsów i chrupek. Twu! Aspartam! Twu słodziki, gumy do żucia, frytki, pizze, hamburgery! Od tego człowiek się robi zmęczony! Od tego cie cały czas boli głowa! I cera brzydka i wzrok słaby i męża też trudno znaleźć. Wyznawać wyższość soku pomarańczowego nad colą. Wina nad piwem. Kalafiora i kaszy nad makaronem i brzoskwini nad orzechowcem. Prawda jest taka, że jak z Marchewą wyszłyśmy na rower to skończyło się na lodach z Lidla na ławce, a zawsze znajdę sobie wymówkę, żeby napić się coli na zmęczenie, albo na ból głowy.
Zrobię sobie herbatę. Może czerwoną, w końcu trzeba się wziąć za siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)